Wywiad przeprowadzony podczas wizyty koła chemicznego "Fenoloftaleina" na Politechnice Krakowskiej im. Tadeusza Kościuszki z niezwykłym człowiekiem - dr hab. inż. , prof. nadzw. Politechniki Krakowskiej Radomirem Jasińskim.
Polskim specjalistą w zakresie fizycznej chemii organicznej. Prodziekanem Wydziału Inżynierii i Technologii Chemicznej , oraz kierownikiem Zakładu Chemii Organicznej tej uczelni. 

Wywiad z ekspertem

Jest Pan absolwentem PSP nr 9 w Radomiu. Jak wspomina Pan czas spędzony w podstawówce?

RJ: Fantastycznie, ale to była w ogóle inna epoka. Wszystko było poukładane, przewidywalne.
Otaczająca nas rzeczywistość - mimo kolejek, pustych półek etc. - była po prostu bezpieczna.
Potem to wszystko nagle wybuchło i w sposób niekontrolowany przez nikogo ten spokojny
świat zwariował. Tak to wtedy odbieraliśmy. Ja oczywiście nie neguję kierunku ustrojowej
transformacji, ale można to było wszystko zrobić z głową – tak jak to uczynili nasi
południowi sąsiedzi. Bez niszczenia przemysłowego dorobku wielu pokoleń radomian.

Który przedmiot w szkole podstawowej był Pana ulubionym? Czego nie lubił się Pan uczyć i dlaczego?

RJ: Oczywiście chemia – ale to było dopiero od 7 klasy. A wcześniej? Historia. Było o tyle
sympatycznie, że uczyła nas bardzo kompetentna i przy okazji miła Pani Maria Lisica.
Historię do dziś studiuję – w różnych obszarach, a w pokoju mam pełny regał historycznych
książek. Bardzo lubiłem też zajęcia plastyczne. Mieliśmy je z nieocenionym Panem
Sylwestrem Zakrzewskim. Tam nie było miejsca na sztampowe prace w rodzaju
„wspomnienia z wakacji”. Tematyka była – jakby to dziś powiedziała młodzież –
„odjechana”, ale stymulująca kreatywność. Czego nie ubiłem się uczyć? Poza matematyką, za
sprawą bardzo nieprzyjemnej matematyczki - jak każdy chyba wtedy – rosyjskiego. Z
matematyką podobny problem był w technikum. Dopiero na studiach trafiłem na wykładowcę
tego przedmiotu, który miał prawdziwą matematyczną pasję.

Kiedy stwierdził Pan, że wiąże swoje życie zawodowe z chemią? Kto zaszczepił w Panu tę pasję?

RJ: To mam już po części genetycznie zaprogramowane. Rodzice są z zawodu chemikami, siostra też. Nawiasem mówiąc, żona i jej rodzice również. Ale osobą, która niewątpliwie obudziła we mnie chęć czynnego zajęcia się chemią była nasza chemiczka – Pani Mariola Jakóbowska. Fantastyczna osoba.

Czy znajomość chemii pomaga w życiu codziennym?

RJ: Pomaga a jakże. Dostarcza też niezapomnianych wrażeń, kiedy ogląda człowiek trzymający w napięciu amerykański film sensacyjny i nagle słyszy sentencję o awarii silnika i mającej
nastąpić za chwilę „emisji spinów”. Hahaha! Mało nie spadłem wtedy z fotela …

Kto jest dla Pana autorytetem w dziedzinie chemii?

RJ: Mam ich sporo. Nie chcę wymieniać, bo boję się, że kogoś pominę, a to było by bardzo
nieeleganckie.

Czy ma Pan jakieś rady dla uczniów, którzy uczęszczają na koło chemiczne "Fenoloftaleina"?

RJ: Nigdy nie przestawać zadawać sobie pytania: „A dlaczego?”. Nawet, jeśli bywa to trudne. Nie
ma wiedzy i racji absolutnej, jest tylko punkt widzenia wypływający z aktualnego stanu
wiedzy. Ta wiedza ewoluuje, i takoż ewoluuje nasz sposób interpretowania rzeczywistości. A
robią to w dużej mierze chemicy. Przynależność do tego elitarnego „klubu” poniekąd
nobilituje, ale zarazem stanowi poważne zobowiązanie, bo to od chemików ludzkość oczekuje
odpowiedzi na kluczowe sprawy związane z codziennością.

Czy oprócz chemii ma Pan inne zainteresowania?

RJ: Ależ oczywiście! Wspomniana już historia, ze szczególnym uwzględnieniem II WŚ, wojny
japońskiej 1903-1905, techniki wykorzystania broni pancernej, urbanistyka i planowanie
przestrzenne, geografia historyczna Polski. No i muzyka – przede wszystkim dobry niemiecki
power metal. Półka przy moim biurku na Politechnice pełna jest takich płyt. Zaczynam uczyć
się języka ukraińskiego.

W jaki sposób po tylu latach nawiązał Pan kontakt z naszą szkołą?

RJ: Hahaha … tak jak robi to obecnie 99% młodych ludzi – przez FB.

Co według Pana trzeba zrobić, żeby osiągnąć sukces w życiu zawodowym?

RJ: Konsekwencja w dążeniu do celu. Konsekwencja nie oznacza przy tym drogi „po trupach”. Trzeba umieć zbalansować czynnik potencjalnego sukcesu vs tzw "czynnik ludzki”. Często, pomocnym jest dobry mentor, potrafiący zarazić taką czy inną pasją.

Mieszka Pan w Krakowie, czy Radom nadal jest Panu bliski?

RJ:  Jest, a jakże. Nigdy nie przestał. Co ciekawe, optyka spojrzenia na różne radomskie sprawy
zmienia się bardzo, kiedy patrzy się na nie z perspektywy 200 km. To troszkę tak jak z murem
chińskim. Można go dotknąć, ale cały widać dopiero z kosmosu. Radom jest mi bliski, ale na
samym odczuciu nie poprzestaję. Jestem jednym z twórców stowarzyszenia „Kocham
Radom” oraz założycielem i prezesem stowarzyszenia „Radomskie Inwestycje”. Brałem
udział w niezliczonych inicjatywach na rzecz Radomia i Ziemi Radomskiej – m.in. raport

obywatelski nt trasy ekspresowej S12 i jej znaczenia w sieci komunikacyjnej kraju, dziesiątki
inicjatyw stymulujących uruchomienie cywilnego portu lotniczego, działania na rzecz
budowy nowych przystanków kolejowych w Radomiu, działania na rzecz przywrócenia
Radomiowi statusu stolicy województwa i wiele, wiele innych. W internecie dostępnych jest
wiele śladów tych przedsięwzięć.

Dziękujemy za udzielenie wywiadu oraz życzymy dalszych sukcesów zarówno w życiu zawodowym oraz osobistym.